Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Żyją wśród nas. Z miłości do książek - Urszula Michalak - Skoracka prowadzi księgarnię z sercem

Agnieszka Sobiak
Agnieszka Sobiak
Urszula Skoracka - Michalak prowadzi księgarnię z sercem. "Staromiejską" kojarzą niemal wszyscy mieszkańcy Zielonej Góry.
Urszula Skoracka - Michalak prowadzi księgarnię z sercem. "Staromiejską" kojarzą niemal wszyscy mieszkańcy Zielonej Góry. Agnieszka Sobiak
Księgarni jest w Zielonej Górze coraz mniej. Nieliczne, które jeszcze funkcjonują mają tak bogatą historię jak "Staromiejska". Księgarnia prowadzona przez ludzi z sercem, w której każdy czytelnik może poczuć się wyjątkowo.

Księgarnia z miłości do literatury

Księgarnia „Staromiejska” była na zielonogórskim deptaku odkąd pamiętam. Jako dziecko odwiedzałam ją często z rodzicami i wychodziłam z naręczem cudownych bajek. Deptak przez lata zmienił swoje oblicze kilkukrotnie, ja dorosłam, a „Staromiejska” wciąż była. Zmieniała właścicieli, ale Zielonogórzanie identyfikują z tym miejscem tych ostatnich właśnie: Urszulę Michalak - Skoracką i Grzegorza Skorackiego. Ich historia, ściśle wpleciona w historię tego miejsca nadawałaby się na osobny reportaż.

Poza planem – czyli jak to się zaczęło

- Księgarnia – jako księgarnia na Żeromskiego była od czasów jeszcze niemieckich. Przedwojennych. W tamtym budynku Niemcy mieli na dole księgarnię, na górze mieszkali, a jeszcze wyżej mieszkała służba. Dowiedziałam się tego od Niemców, którzy odwiedzili moją księgarnię. Byli zdziwieni, ze w tym miejscu nadal księgarnia funkcjonuje – wyjaśnia Pani Urszula.

Po wojnie księgarnię przejął „Dom Książki”. Pani Urszula z wykształcenia nauczycielka i polonistka, pracowała około dziesięciu lat w szkole w Dąbiu. Tam poznała męża (Grzegorza, Skorackiego), który również był nauczycielem. Zetknęły się dwa światy, bo mąż Pani Urszuli uczył przedmiotów ścisłych.

- Kiedy zapadła decyzja o małżeństwie, przenieśliśmy się do Zielonej Góry (mąż był zielonogórzaninem). I teraz pytanie, co będziemy dalej robić? Bo dojeżdżać obydwoje z Zielonej Góry do Dąbia nie bardzo miało sens. Tak przyjęłam się do pracy do „Domu Książki”. Moim marzeniem było pracować z książką, dlatego wybrałam polonistykę, która najbliżej książek była. – opowiada Pani Urszula.

Kompetencje, pasja i miłość do książek

Księgarnia ”Domu książki” tzw. „Jedynka” na Żeromskiego kompletowała nową załogę, łącznie z kierownictwem. Wszyscy byli nowi, „zieleni”, jak to określa Pani Urszula.

- Kierownikiem został Pan, który z zawodu był drukarzem, książkę znał książkę bardziej ze strony technicznej, druk, oprawa itp. O książce, jako literaturze, treści niewiele wiedział. Kiedy on zrezygnował to mnie utworzono pełniąca obowiązki kierownika księgarni – wyjaśnia Pani Urszula – szybko się zorientowano, że ja zaczynam układać według własnego pomysłu: działów, alfabetu, zgodnie ze sztuką bibliotekoznawstwa, który to przedmiot miałam na polonistyce: system i katalogowanie.

Niestety dla „Domu Książki” przyszedł trudny czas. Zwierzchnicy zapytali Panią Urszulę czy jest w stanie przejąć na siebie tą księgarnię i poprowadzić ją jako osoba prywatna, czy wszyscy pracownicy mają zostać zwolnieni.

- Byłam odpowiedzialna nie tylko za siebie, ale za wszystkich pozostałych – bo albo biorę księgarnię z dobrodziejstwem inwentarza, albo nie biorę nic. Tylko ja dostałam tą propozycję. To był rok 90-ty. Stanęłam przed dylematem tu potrzebna jest też decyzja Grzegorza. Grzegorz był wnukiem antykwariusza kaliskiego, oczytany facet, co później procentowało. W domu książek cała masa – dziadek męża miał cztery córki i wszystkie wyposażył w wielkie biblioteki. Poza tym, ze strony taty był herbowy – ziemiaństwa herbu Skoracki ze Skoraczewa koło Kościana. A w domach ziemiańskich był kult muzyki, sztuki, literatury. Jak więc mogło się potoczyć inaczej? Zaryzykowaliśmy. Warunkiem było przejęcie kadry. Po czasie ludzie znaleźli inne zatrudnienie i zostaliśmy we dwoje. I taki to był początek księgarni. Zrobiono inwentaryzację, zostawiono cały towar, który był aktualnie na stanie w księgarni, rozłożono nam płatność na raty.

Codzienność inna niż w książkach.

Inwentaryzacje, dogadywanie się co do warunków przejęcia z „Domem Książki” pokryła się niemal ze ślubem Państwa Skorackich. Oba wydarzenia dzieliły nie całe dwa miesiące. Otwarcie w roku 1990, odbyło już jako inauguracja prywatnej księgarni małżeństwa. To tłumaczy podwójne nazwisko Pani Urszuli – zmieniając musiałaby część procedur rozpocząć raz jeszcze.

- Mężowi bardzo ufałam, polegałam na nim całkowicie. Ale to był przecież kolos. Mieliśmy wtedy dziewięcioro pracowników i trzech uczniów. Oboje mieliśmy kwalifikacje nauczycielskie wiec przyjęciem uczniów nie było żadnych problemów. Z tym wiązała się jednak dodatkowa odpowiedzialność, praca i dokumentacja. Trzeba było na nowo nawiązać kontakty z dostawcami, kontrahentami, dostawcami i wydawcami. Mąż była alfą i omegą, o czym ludzie nie wiedzą, był pasjonatem informatyki. On oprogramował tamtą księgarnię. System, który funkcjonował w księgarni to był jego autorski pomysł. Aby zdobyć komputer, kiedyś nie były ogólnodostępne, pojechaliśmy do lombardu do Katowic. On się uczył i od razu programował. To była pierwsza księgarnia, w której wszystko było skatalogowane na dysku – opowiada Pani Urszula.

Pan Grzegorz był pasjonatem, ale też wierzył, że jak się chce to można się wszystkiego nauczyć. Skoro ktoś potrafi to i on się nauczy. Pani Urszula mówi żartobliwie, że był z osób, które chcąc się napić mleka tworzą od podstaw całą mleczarnię. Do wszystkiego dochodził skrupulatnie sam, będąc w tym wszystkim bardzo uczciwy i bardzo ludzki.

Nawet w świecie książek trzeba być człowiekiem

Pani Urszula wspomina, jak pewnego dnia złapała złodziejkę. Młodą dziewczynę, uczennicę jeszcze. Wiedząc, że zawiadomienie szkoły i policji może zniszczyć dziewczynie życie, w biurze, na tyłach księgarni przeprowadziła z nią rozmowę, chcąc dowiedzieć się, jaki był powód tego uczynku:

- Jestem stary belfer, dziesięć lat w szkole uczyłam. Myślę sobie tak: skradła, ale czy skradła, bo musiała, czy chciała zwrócić na siebie uwagę, zaistnieć czy jest chora, może jest jakiś powód, który skłonił ją do tego, ze ona woła tym uczynkiem o pomoc. Cokolwiek to by było, muszę się o tym dowiedzieć, bo najłatwiej jest sprawę zgłosić i złamać komuś życie.

Nie mogąc się porozumieć z dziewczyna Pani Urszula zadzwoniła do męża mówiąc mu o problemie. To jak zareagował Pan Grzegorz i co zrobił później zaskoczyło nawet samą Panią Urszulę.

- On wchodzi, ja mówię: ta pani nam to tu skradła. I kładę przed nim dwie książki, takie grube, encyklopedyczne. Popatrzył na te ksiązki, popatrzył na mnie, popatrzył na dziewczynę i…wyszedł. Konsternacja - co ja mam robić? Wrócił mój mąż. Niesie stos książek: wybranych z tematyki psychologii, religii i mówi tak: tamte skradłaś – są nasze. Nie zapłaciłaś, więc są nasze. Za to te daję Ci w prezencie. I masz je codziennie czytać. Ta dziewczyna w ryk. Na siłę mąż włożył jej te ksiązki do plecaka. Wychodziła z księgarni płacząc. Nie wiem, co się z nią stało, czy przeczytała te książki. Ale taki był właśnie mój mąż.

Kot, czyli pies

Dawna lokalizacja „Księgarni Staromiejskiej”, przy ulicy Żeromskiego kojarzy się Zielonogórzanom nieodmiennie z kotem leżącym na wystawie. Skąd i po co kot? Pani Urszula opowiada:

- Objęliśmy księgarnię, Piotr się urodził, zamieszkaliśmy w księgarni, w pokoiku na tyłach. Wieczorem, kiedy dziecko spało wychodzę a tu coś szurnęło pod nogami. Szczur. Mąż poszedł do łazienki – drugi. Szczury z okolicznych śmietników miejskich, szukając schronienia przed zimą, wprowadziły się do księgarni. Któregoś wieczoru mąż nakazał mi i synowi położyć się spać a sam zszedł do magazynu, żeby zlokalizować skąd wychodzą. Obudziwszy się środku nocy zauważyłam, że męża nie ma. Zeszłam do magazynu. A tam mój mąż, jak myśliwy zrobił sobie z kija ze szczotki dzidę i wskazał mi na coś, nakazując zachować ciszę. Z boku na podłodze leżało 11 ubitych szczurów. Końca polowań nie było widać i trzeba było przedsięwziąć inne środki. I tak w księgarni zamieszkał kot. Na wpół dziki. Kotka, bo to była ona, zrobiła ze szczurami w trzy dni porządek. Jednego nam przyniosła pod drzwi w prezencie.

Kotka obdarzyła swoich dobroczyńców kociętami. Wszystkie rozdano, jedną koteczkę zostawiono. I tak na wystawie księgarni zawsze jakiś kot stróżował. Teraz, na nowej lokalizacji, kocich poprzedników zastąpił pies Kajtek, nieodłączny towarzysz Pani Urszuli.

Dzisiaj

Obecnie, głównie ze względów finansowych, księgarnia funkcjonuje w mniejszym lokum na ul. Mariackiej. Pana Grzegorza nie ma z nami już od ponad dwóch lat. Pani Urszula nadal trafnie doradza czytelnikom książki. Jak mówi:

- To hołd dla mojego męża. Będę to prowadzić na tyle, na ile sił starczy. Choć kolorowo nie jest.

WIDEO: Książka "Zamek Rządzi" Marcina Łokciewicza okazała się dla hitem terapeutów dzieci i młodzieży z problemami psychicznymi

od 7 lat
Wideo

Tadeusz Płużański - Dlaczego warto pielęgnować pamięć o wyklętych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na zielonagora.naszemiasto.pl Nasze Miasto