Pan Józef stworzył irysowy raj. Nie ma drugiego takiego

Ilona Burkowska
Pan Józef prowadzi dokumentację nowo powstałych irysów. Gdy zakwitną, fotografuje je i opisuje.
Pan Józef prowadzi dokumentację nowo powstałych irysów. Gdy zakwitną, fotografuje je i opisuje. Mariusz Kapała
Zielona Góra, Lubuszanin, Miasto Bachusa – tak nazywają się irysy, które wyhodował Józef Koncewicz. Dumne i wyprostowane. Mienią się mnóstwem kolorów i oszałamiają zapachem. A już w poniedziałek, 6 lutego, w zielonogórskim Norwidzie odbędzie się wernisaż "Irysy w fotografii i hodowli Józefa Koncewicza". Początek o godz. 16. Wystawa Będzie czynna do 23 lutego.

Dawno nie poznałam kogoś tak oddanego swojej pasji. Kogoś, komu rozjaśnia się twarz, gdy o tym opowiada. Józef Koncewicz z Zielonej Góry o irysach bródkowych wie chyba wszystko. Od 25 lat zajmuje się hodowlą tych pięknych i wymagających kwiatów. Na działce stworzył prawdziwy irysowy raj, pełen kolorów i zapachów. Tam każdy kwiat jest inny, bo pan Józef nie jest zwykłym hodowcą. On irysy... tworzy. Krzyżuje, nazywa, rejestruje. Spod jego ręki wyszły „Zielona Góra” (irys w barwach miasta) i prześliczne „Jagodowe Wzgórze”. W sumie stworzył 14 nowych odmian tych pięknych, ale chimerycznych kwiatów. Jako jedyny Lubuszanin należy do prestiżowego międzynarodowego związku hodowców irysów. I pragnie poznać kogoś, kto równie mocno kocha te kwiaty. Nie, to nie jest biznes... To pasja, hobby, miłość.

Józek, coś ty zrobił?!
Zajeżdżamy na działkę w Droszkowie pod Zieloną Górą. Wita nas ulica – nomen omen – Kwiatowa. Do królestwa pana Józefa prowadzą irysy rosnące na sąsiednich działkach, bo porozdawał kłącza prawie wszystkim tutejszym ogrodnikom.
Jego działkę widać już z daleka. Wszędzie są dumne, wyprostowane, sięgające do pasa irysy. Mieniące się mnóstwem kolorów, oszałamiające zapachem, silne i delikatne zarazem. Nie można się nie zakochać, ale – jak mówi sam pan Józef – to miłość, która zrodziła się z konieczności... przejścia na emeryturę. Pomyślał wtedy, że się zanudzi. I kupił działkę.

– Zacząłem od pomidorów i ogórków – opowiada. – Potem chciałem mieć kolekcję tulipanów. Raz zakwitły, ale jesienią karczownik „uporządkował” mi działkę i było po tulipanach. Potem były narcyzy. Po pierwszej ostrej zimie wymarzły. Aż gdzieś wyczytałem, że ktoś ma do zbycia irysy. Pomyślałem: znam, rosną dziko, prawie jak chwasty, więc mogą być. Oszukałem się, bo to kwiat kapryśny, jeszcze gorszy od poprzednich. I rozrósł się niesamowicie. Tak, że dla pomidorów nie starczyło miejsca.

Pan Józef wspomina, jak przed laty kupił w jakimś sklepiku dziesięć irysów. Nawet nie znał ich nazw... A dziś ma 300 odmian irysów bródkowych. Wielkich, cudownych. Te kwiaty go urzekły. Zaczął czytać, sprawdzać, poznawać innych miłośników: ze Stanów Zjednoczonych, Czech, Słowacji. Namówili go, żeby zapisał się do organizacji hodowców. Jest w niej jedynym Lubuszaninem. Pewnego razu na konwencie (odbywa się raz w roku, w czasie kwitnienia irysów, za każdym razem gdzie indziej) koleżanka zapytała, dlaczego nie krzyżuje irysów. Odparł, że nie wie, jak to się robi. Zademonstrowała. Okazało się łatwe, więc wrócił do domu i skrzyżował.

– Po kilku dniach patrzę: wyrósł nasiennik z czterema nasionami. Nie wiedziałem, co z tym zrobić, więc posadziłem, tak zwyczajnie, jak ogórki, w rządku. Myślałem, że wszystkie będą jednakowe, więc jak jeden zakwitł, resztę wyrzuciłem na kompost. A kolega mówi: „Coś ty zrobił?! Każdy byłby inny!”. A ja nie wiedziałem... – śmieje się pan Józef.

Uwaga, to wciąga
Emocje są potężne, gdy człowiek wyhoduje irysa, ale nie wie, jak będzie wyglądał. Na kwitnienie czeka się wtedy jak na wielkie święto. Bo nawet, krzyżując ze sobą dwa niebieskie kwiaty, możemy otrzymać biały. Albo brązowy. To sprawa ukrytych genów. Nigdy nie da się przewidzieć, jaki kwiat powstanie z danej krzyżówki.

Pierwszego irysa pan Józef stworzył siedem lat temu. Nazwał go „Hej, Winobranie” (dziś już go nie ma, bo zjadł go jakiś ogrodowy szkodnik) i zarejestrował w międzynarodowej organizacji hodowców irysów z siedzibą w Stanach Zjednoczonych.
Oficjalnie stworzył 14 irysów. Wszystkie mają certyfikaty i nazwy, których nie nada nikt inny. Formalności jest ogrom. Kwiat musi mieć odpowiednią liczbę rozgałęzień, wybarwienie, płatki, zapach, kształt. Od momentu skrzyżowania do otrzymania certyfikatu mijają zwykle cztery, pięć lat.

U nas większość hodowców to amatorzy, pasjonaci. W USA – zawodowcy, którzy zachęcają, by amatorzy krzyżowali irysy. Znaleźć swój kwiat w ich rejestrze to prestiż światowy. To dlatego „Zielona Góra” w ubiegłym roku w Stanach Zjednoczonych kosztowała 25 dolarów. Kwiaty wyhodowane przez pana Józefa rosną w ogrodach we Francji, Czechach. W Polsce ich nie kupicie. Zielonogórzanin nie działa na skalę przemysłową, bo nigdy go to nie interesowało. – Żeby je dostać, trzeba znać mnie – śmieje się.

Będzie i „Gazeta Lubuska”
Irysy żółte, czarne, niebieskie, pomarańczowe, różowe... Pan Józef pokazuje mi je, rzuca nazwami i numerami. Bo nowe odmiany, które zakwitły po raz pierwszy, jeszcze nie mają nazw. Zachwycam się jasnofioletowym, obłędnie pachnącym kwiatem. Podziwiam dolne, intensywnie fioletowe płatki, jaśniejsze na obrzeżach.

– Podoba się pani? To proszę wybrać dla niego nazwę – proponuje pan Józef.
– „Gazeta Lubuska” – odpowiadam.

– Ustalone. Już w tym roku zostanie opisany, a nazwa oficjalnie udokumentowana. Przyniosę certyfikat – obiecuje hodowca. I tak będzie pierwszy w historii irys o nazwie „Gazeta Lubuska”.

Pan Józef mówi, że chciał mieć tylko kwiaty, a ma najlepsze hobby na świecie. Żona je zaakceptowała, i tylko tyle. Ale zdrowie już nie to, a uprawa irysów to ciężka praca fizyczna. Rabaty nie mogą być zachwaszczone, trzeba pilnować odpowiedniego odczynu gleby, doglądać, przesadzać.

– Jestem jednym jedynym zarejestrowanym Lubuszaninem, który zajmuje się hodowlą irysów. I bardzo mi żal, że nie znam nikogo, kto chciałby poświęcić się tym kwiatom – przyznaje. – Rozdałem ponad tysiąc kłączy. Wszyscy się zachwycali, ale zachwyt mija. Codzienność jest taka, że jestem dalej sam. Ja chętnie pomogę, podpowiem i poradzę komuś, kto chciałby podzielić tę pasję. Nie chciałbym, żeby przepadła... To nie jest zajęcie dla kogoś, kto lubi kwiaty, tylko dla osoby, która je kocha.

Tajemnica Marchewki

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie